Trudno uwierzyć jak wielkie znaczenie ma kto i jak przygotowuje Cię do operacji, zabiegu, dla mnie to nawet wyrwanie zęba jest wydarzeniem. Wspaniale jest mieć wsparcie kogoś bliskiego i jednocześnie oprócz profesjonalizmu czuć przyjazne fluidy od personelu medycznego.
Przygotowanie do operacji to przede wszystkim znieczulenie. Sala operacyjna nie wygląda zachęcająco ale nie ma co się zrażać bo w myśl zasady miejsce to ludzie starałam się wsłuchać i wczuć w atmosferę. Przy przygotowaniach czułam się jak na pidżama party tylko dziwnym trafem tylko ja byłam w koszuli nocnej, szpitalnej zresztą (warto wiedzieć że do cesarskiego cięcia szpital zapewnia koszulę wielorazową i nie ma co się sprzeciwiać, z drugiej strony przynajmniej swojej się nie brudzi). Pielęgniarki, studentki, anestezjolog, Pani doktor i jeszcze jakieś 3 przypadkowe osoby stanowiły spory tłum w tej niewielkiej jasnej i przytulnej salce. Pierwszy etap to wspomniane wyżej znieczulenie. Anestezjolog wkłuwa się w kręgosłup co wbrew wszystkim przedziwnym teoriom wypisywanym w internecie jest praktycznie bezbolesne. Trzeba oczywiście współpracować, opuścić nisko głowę i wykonywać polecenia. Chwilę później czuć chłód w kręgosłupie i znieczulenie zaczyna obejmować cale podbrzusze. Pielęgniarki podpinają jeszcze jedną kroplówkę i układają na strasznie dziwnym łóżku. Jest niesamowicie wąskie, byłam pewna że spadnę, to wrażenie zresztą utrzymywało się do końca. Nie warto się tym przejmować bo to tylko złudzenie, a łóżko jest akurat:)
W trakcie znieczulania podpinany jest cewnik co nie jest zbyt miłe ale nie ma nic wspólnego z bólem, to raczej dziwne uczucie i trwa kilka sekund, a na sali gwar jak na już lekko rozkręconej imprezie. Rozmowom nie ma końca, oni wszyscy nie zdają sobie sprawy jak bardzo się stresuję tą zmianą całego dotychczasowego życia która nastąpi za kilka minut ale dla nich to pestka, tysiące takich zmian w ich karierach więc kolejna to po prostu zadanie do wykonania a nie mistyczne przeżycie. Potem wszystko leci migiem, tną szybko, wprawnie, nad głową w lampie choć starałam się wszystkimi zmysłami ją omijać to jednak wzrok wędrował a tam wszystko jak na dłoni: dziura w brzuchu....lepiej nie patrzeć. Odczucia są dziwne, czuć ze ktoś grzebie Ci w brzuchu i czegoś szuka, gdy nieprzyjemne odczucie narasta nagle czujesz ulgę i słyszysz....pierwsza cipka dzisiaj!I nagle pojawia się umazane, malutkie, wrzeszczące maleństwo, takie bezbronne i nieszczęśliwe. Widziałam je przez ułamek sekundy ale to było coś!!
Zosia urodziła się o 13:05 i dostała 10 punktów, troszkę na wyrost ale jednak, miała 54 centymetry i ważyła jedynie 2880 gramów. Witaj kochana!
Potem to już zadanie dla Taty, może oglądać, towarzyszyć, a ty leżysz i zaczyna się najmniej przyjemna część operacji. W między czasie dziecko jest oceniane w punktach i trafia do łóżeczko. Zosia nie miała tyle szczęścia, zsiniała i przestała płakać bardzo szybko. Zabrali ją do inkubatora. Nie mogłam myśleć o niczym innym jak o tym czy z nią wszystko dobrze. Uspakajają i zaczynają wpychać z powrotem wnętrzności. To mało przyjemne, mnie mocno bolał żołądek od środka od tych brzusznych porządków, jakie to miało jednak znaczenia w takim momencie?
Szycie trwa jakieś 20 minut ale dłuży się niemiłosiernie, chce się już zobaczyć dziecko, dowiedzieć co i jak a tu ciągle szyją i szyją. Gdy wreszcie jestem zacerowana następuje ostatni etap: przełożenie na łóżko pooperacyjne. Przeżycie chyba najgorsze. Człowiek jest bez czucia, a oni przewalają Cię z boku na bok. Byłam pewna że spadam z łóżka operacyjnego i nadal uważam, że to chyba najdziwniejsze doznanie.
Potem już pół przytomną wiozą na salę gdzie już czeka inne mamy i nowe życie.
A na tej sali....cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz